Dawno, dawno temu, kiedy na całym świecie żyły olbrzymy nazywane przez Kaszubów stolemami, w pobliżu Osia doszło do nieoczekiwanego zdarzenia.
Teren ten zamieszkiwali Borowiacy, którzy połowę swoich zbiorów, uwarzonego piwa i upolowanej zwierzyny oddawali panoszącym się wszędzie stolemom. Olbrzymy, z uwagi na swoją posturę, nie mogły zająć się pracą na roli, ani wypuszczaniem strzał z łuku, ani zbieraniem drobnych szyszek chmielu. Przeto zajmowali się wyłącznie zabawą, przy okazji nieświadomie siejąc zniszczenie na polach, w sadach i lasach, a i czasem domostwach .... Pewnego dnia, odważny syn leśnika zdecydował się przemówić wielkoludom do rozumu. Wszedł na szczyt najwyższej sosny, rosnącej na tleńskiej górze, tuż przy ujściu rzeki Prusiny do Czarnej Wody i zaczął nawoływać najmłodszego, tym samym najmniejszego ze stolemów.
Krzyczał głośno i gromko. Krzyczał długo, bowiem ten krzyk, tam, na wysokości uszu olbrzyma, był zaledwie mysim piskiem.
Jednak wymachujący ramionami człowieczek zaintrygował wielkoluda. Ostrożnie wziął chłopaka na otwartą dłoń, przysunął do twarzy i wyszeptał:
- Czego piszczysz zielony ludziku?
Mimo, że słowa te wypowiedział szeptem, powiew idący z ust omal nie zdmuchnął człowieka z dłoni.
Zatrwożył się chłopiec, lecz, nabierając i odwagi, i powietrza do płuc, wykrzyczał ile miał sił:
- Idźcie się bawić w inne strony, gdzieś na bezludzie, gdzie strat i szkód nie wyrządzicie!
I dodał: - Spójrz, stolemie, na połamane drzewa, zboże i łąki wygniecione waszymi stopami, przerażone zwierzęta i puste osady.
Zamyślił się olbrzym. Westchnął głośno, a od tego westchnienia zerwał się wicher groźny, który połamał kilka najgrubszych sosen, a wodą z rzeki zalał chłopskie pola.
Nagle zabłysły mu wesoło oczy i szyderczo rzekł:
- Dobrze, tak uczynimy, jak mówisz, ale musisz ze mną wygrać w kości - tu wskazał ręką na ogromne głazy leżące wokół wioski.
- Przecież ja nie udźwignę nawet jednego kamienia - roztropnie zatrwożył się chłopiec.
-To ja będę rzucał za ciebie - zdecydował olbrzym.
Pochylił się, wziął w garść pięć największych kamieni i rzucił. Kamienie poturlały się wokoło, wąskimi ścieżkami, niszcząc po drodze wszystko, co żyło i rosło. Jednak wszystkie kamienie, które rzucił stolem, leżały płasko. Zmartwił się olbrzym, zebrał kamienie i ponownie rzucił, jakoby chłopiec rzucał.
Znów kamienie się poturlały. Obaj spojrzeli w dół. Trzy głazy, będące najbliżej, leżały płasko. Jeden z kamieni poturlał się do Tlenia, wzdłuż wysokiej skarpy, omal nie wpadając do rzeki. Stolem się ucieszył, bo i ten kamień leżał płasko. Brakowało piątego, chociaż największego głazu. Długo szukali. Odnaleźli go dopiero gdzieś w lesie, za Drzycimiem i Gródkiem. Kamień stał pionowo.
Zrozumiał wielkolud, że przegrał. Ze złości uderzył pięścią w głaz, aż ten wbił się w ziemię tak mocno, że dzisiaj tylko kawałek wysokości dwóch dorosłych ludzi, wystaje ponad ziemię.
Odwrócił się olbrzym na pięcie, postawił chłopca na ziemi i odszedł na północ.
Do dzisiaj żaden z wielkoludów nie powrócił w Bory Tucholskie.

Na pamiątkę pozostały nam tylko dolinki wypełnione wodą - to ślady stolemowych stóp oraz wielkie głazy - kości do gry.
Jeden z tych głazów leży tuż przy zawieszonym nad Wdą moście kolejowym w Tleniu, drugi w Leosi koło Gródka.

Marek J. Lejk - Osie, lipiec 2005

wg rękopisu M. Lorkowskiego

Korekta: Beata Bucholc - Osie

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama